niedziela, 25 października 2015

Męskie retro, czyli podróze w czasie...

            I znowu długo mnie nie było. Tak się niestety składa, że brak czasu i mnie również dotknął boleśnie. I wcale mi się to nie podoba, bo jakże to tak ? Nie samą pracą człek żyje, nie samym powietrzem oddycha. Człek potrzebuje do życia karmy innej i nie mam tu na myśli tego co przełyka. Ale cóż, pozostaje się cieszyć tym co człek ma, bo jak stare przysłowie powiada, jak się nie ma co się lubi, to się lubi to co ma. I już.
Zaniedbałam swój kącik, ale też dawno nie byłam u netowych przyjaciół. Wstyd mi,obiecuję poprawę !

          A ponieważ w tak zwanym międzyczasie udało mi się coś podziałać i nawet skończyć, co wcale nie musi iść w parze, przynamniej u mnie, to mogę zaprezentować dziś kolejne męskie pudełko. Powstało dla konkretnej osoby. Do czego będzie wykorzystane to na razie tajemnica, ale mam swoje podejrzenia.

      Pudełko oczywiście, jak to u mnie ostatnio, pochodzi z tzw. odzysku. Tym razem przeszlifowałam je jedynie po to, by pozbyć się jego barwy, bardzo mi się nie podobała. Nie było moim celem uzyskania idealnej gładzi, może dlatego, że niektóre uszczerbki wymagałyby heroicznej wręcz pracy, a może także dlatego, że pasowały do mojej wizji męskiego retro pudełka. Paski na bokach nie są, bo nie miały być, równe idealnie, a grafika na wieczku , to wymyślona przeze mnie kompozycja.








niedziela, 19 lipca 2015

W starym kinie

Dziś pokażę recyklingowe pudło na dwa wina. Kupione na pchlim targu za 2 zł bodajże, podniszczone, szczególnie w środku. Pasowało mi do przechowywania rozmaitych słoiczków ze specyfikami z kategorii tych pachnących inaczej :)
Szachownica towarzyszy mi od dzieciństwa, tata grywał w szachy bardzo często, lubię jej kratkę. Początkowo miałam zamiar zachować klimat szachowy, ale po namyśle zrezygnowałam.
Już od dawna chodził mi po głowie Humphrey. Niestety strasznie dużo palił, pił i przeklinał, koniecznie musiałam go z niej się pozbyć !

Czy mi się udało? Chyba tak. Z mojej wyobraźni trafił do mojej rzeczywistości, zaś głowie natychmiast ulżyło :))






poniedziałek, 15 czerwca 2015

Koszyczek na kwiaty, po.....kwiatach.....

Koszyczek.
Jest z odzysku, były w nim posadzone kwiaty, taka kompozycja, po prostu gotowy prezent.
I jak to bywa z takimi kompozycjami, długo ładnie nie wyglądała. To, co  z niej się udało uratować, zostało przeniesione do ogrodu, a koszyczek opuszczony pozostał.....
Szkoda mi się go zrobiło, bo jakże to tak, do tej pory był sobie w towarzystwie kwiatów, pachnących i nie pachnących, wśród istnień, żyjących....
Postanowiłam, no nie mogło być inaczej, pomóc koszyczkowi, martwymi choć go racząc kwiatami, ale przynajmniej na dłużej :)
Nie starałam się go "odnowić", wszystkie uszczerbki drewna, zarysowania, tudzież braki zachowując.
Był zzieleniały, więc troszkę tylko oszlifowałam, żeby się nalotu pozbyć. Potem biała bejca, kilka razy, bo niestety wodną tylko posiadam i momentalnie ginęła wchłonięta przez spragnione drewno.
Potem serwetka, wcierana, reliefy niedoskonałe, trochę jeszcze bielenia farbą, patyna i tylko muśnięcie lakierem.
Koszyczek otrzymał kwiaty identyczne jak puszka, bo towarzystwo puszki ma już zapewnione :)

Mam nadzieję, że będzie się podobał czytelnikom mojego kącika :)
Pozdrawiam wszystkich mnie odwiedzających :)





środa, 3 czerwca 2015

Puszka Męczennica :)

To chyba ostatnia puszka, jaką zrobiłam. A jeśli nie, to przez jakiś czas puszek nie tknę:))
Przynajmniej tych dużych...
Nie do końca jestem zadowolona z efektu końcowego,  nawet się zastanawiałam, czy ją w moim kąciku tutaj pokazać.
Koniec końców, pokazuję, i pomimo problemów jakie z nią miałam będę ją darzyć sentymentem.

Dziś jestem jakoś zmęczona, więc nie będę się rozpisywać jakich to problemów mi dostarczyła. Pozostanie to pomiędzy nami:))

Dziękuję wszystkim mnie odwiedzającym, to bardzo miłe, że tam, gdzieś, w innym zakątku, ktoś ma ochotę i czas aby zajrzeć tu, do mnie :)







sobota, 23 maja 2015

Po męsku

Zaniedbałam swój kącik, nie da się ukryć.
Wszystko przez zawirowania życiowe, kręte bardzo ścieżki, którymi teraz chadzam, nie pozwoliły mi za bardzo na zabawę i przyjemności.
Ale ostatecznie zaczynam powoli pozwalać sobie na dawanie upustu wyobraźni.
Bo nie ma nic nad to przyjemniejszego, przynajmniej dla mnie.
No nie, prawdę mówiąc, są może równie przyjemne rzeczy, ale czy dają taką satysfakcję to już sporna sprawa.....
To pudełko powstawało dość długo, etapami.
Miało być męskie, więc trzeba było troszkę pokombinować.
Bo chęć dodania ozdobników kłóciła się z ascetycznym męskim klimatem. I to na zabój.
Do rękoczynów nie doszło i ostatecznie, po wielu takich kłótniach, kompromis został zawarty.

Wydaje mi się, że pogodziło się jedno z drugim.  A może to tylko mnie się tak wydaje?









niedziela, 15 marca 2015

Różana (sic!) puszka

Nie wierzę, że różana..... No cóż, wyprzeć się trudno, kiedy róże pachną mi ....czekoladkami :)
Puszka pozostała mi po mini spotkaniu forumowym. Czekoladki dawno zjedzone, a puszka została. Normalnie powędrowałaby do kosza, ale że do niej poczułam sentyment, została potraktowana sentymentalnie. Stąd róże, one są właśnie takie, sentymentalne.....
Ponieważ wierzch nie nadawał się do zwykłego decu, zdobiły go  firmowe wypukłości, trzeba było je zamaskować. Pobawiłam się szpachlówką, a zrobić koło bez szablonu, do tego dość grubo, to niełatwa sprawa, Nie udało mi się idealnie wszystkiego dopracować, niestety, ale może i dobrze, nie wygląda jak zdjęta ze sklepowej półki, a o to mi też chodziło :)
Decoupaż klasyczny, czyli mozolna wycinanka, bez cieniowań, bo tak jak jest, bardzo mi się spodobało. Troszkę reliefów, nie idealnych, ręka odmawiała posłuszeństwa. I patyna. Niby niewiele, ale według mnie wystarczy :)








poniedziałek, 2 marca 2015

Somewhere over the rainbow....blue birds fly......

     Jakiś czas temu, długi, kupiłam coś na kształt komódki na wyprzedaży. Piszę, że na kształt, bo komódką trudno było to nazwać, no chyba, że komódką po przejściach, a więc zdezelowaną-))
Brakowało w niej uchwytów, a i była taka jakaś zniszczona, choć nowa. Zapewne to zasługa klientów sklepu, ale przynajmniej nabyłam ją za nieduże pieniądze. 
Długo stała czekając na swoją kolej, a jeszcze dłużej ją męczyłam. Bo, albo coś mi nie wyszło tak jak sobie wyobrażałam, albo koncepcja mi się zmieniała..., wszak kobietą jestem, a że wyjątkowo zmienną kobietą, no cóż....
    Jedno wiedziałam od początku, będą na niej niebieskie ptaki. Reszta musiała się dostosować.
Na początek dodałam jej "okładki", czyli spód i wierzch, bo za bardzo przypominała standardowe komódki rodem z Ikea.
A potem ...najpierw było bielenie, hmm...., nie pasowało, kombinowanie z farbami AS i woskami, też "to" nie było "tym czymś"...., końcowo pozostała bejca i...... ukłon w stronę Dyzi, czyli romby-)))
Miał być też napis - ale go nie ma.  Na razie, bo kiedyś będzie, najprawdopodobniej będzie.
Lakierowana na mat. ale jakimś cudem na fotkach się miejscami błyszczy, i chyba ją ponownie przetrę papierem ściernym, bo łapie każdą drobinkę kurzu. A tak lubię szorstkość matu, trudno, względy praktyczne wezmą górę.
   Wiem, że nie jest to jeszcze "to", ale poznęcałam się nad nią tyle, że czas dać jej odpocząć, a raczej popracować dla mnie. Jej szufladki skrywać będą "złom", a w zasadzie jego część, bo wszystko się nie zmieści, ale ten drobny na pewno-))